logoARTMEDIUM | цсм

Poetry .Robert Frost

новою темою, в нурт якої запрошуємо з собою, є поезія. Слово і візія завжди були повязані – тому продовжимо цю практику звертаючись до артистів-поетів різних часів та керунків.

продовжуємо твором Роберта Фроста

 

Robert Frost

After Apple Picking

 

 

My long two-pointed ladder’s sticking through a tree
Toward heaven still.
And there’s a barrel that I didn’t fill
Beside it, and there may be two or three
Apples I didn’t pick upon some bough.
But I am done with apple-picking now.
Essence of winter sleep is on the night,
The scent of apples; I am drowsing off.
I cannot shake the shimmer from my sight
I got from looking through a pane of glass
I skimmed this morning from the water-trough,
And held against the world of hoary grass.
It melted, and I let it fall and break.
But I was well
Upon my way to sleep before it fell,
And I could tell
What form my dreaming was about to take.
Magnified apples appear and reappear,
Stem end and blossom end,
And every fleck of russet showing clear.
My instep arch not only keeps the ache,
It keeps the pressure of a ladder-round.
And I keep hearing from the cellar-bin
That rumbling sound
Of load on load of apples coming in.
For I have had too much
Of apple-picking; I am overtired
Of the great harvest I myself desired.
There were ten thousand thousand fruit to touch,
Cherish in hand, lift down, and not let fall,
For all
That struck the earth,
No matter if not bruised, or spiked with stubble,
Went surely to the cider-apple heap
As of no worth.
One can see what will trouble
This sleep of mine, whatever sleep it is.
Were he not gone,
The woodchuck could say whether it’s like his
Long sleep, as I describe its coming on,
Or just some human sleep.

 

 

 

Po zrywaniu jabłek

Jeszcze moja drabina wciąż sterczy w błękity,
Koronę drzewa tnąc podwójnym torem.
Tu kosz, któregom nie napełnił zbiorem,
Tam kilka jabłek wśród gałęzi skrytych,
Które zostały mi do pozbierania.
Ale już dosyć mam tego zrywania.
Duch zimowego snu wzlata o zmroku
W zapachu jabłek — zapadam w stan drzemki.
Nie mogę zatrzeć dziwności widoku
Zobaczonego przez lodu osłony
Które dziś rano zebrałem z rynienki
Wznosząc jak szkiełko w świat traw oszronionych.
Lód topniał, dałem mu upaść i trzasnąć.
Ale już wtedy
Bliski snu byłem, nim spadł, nie wiem kiedy,
I mógłbym rzec, jakiej miary
I kształtu byłby mój sen, gdybym zasnął.
Zjawiają się i nikną jabłka powiększone,
Od nasad po kwiat stary
Plamkami brązów wyraźnie upstrzone.
I boli mnie podbicie, bo wciąż stopą własną
Przyhamowuję każde szczebla drżenie.
Czuję chwiejność drabiny, gdy się gną konary.
I słyszę, jak dochodzi z piwnicznych uboczy
Głuche dudnienie
Ładunku jabłek, który się w nie toczy.
Nie chcę już więcej
Zrywania jabłek — bezwład mnie ogarnął
Po wielkim żniwie, któregom sam pragnął.
Milion owoców przeszło mi przez ręce,
Chronionych przed upadkiem z troską przepisową.
Bo owoc,
Który o ziemie uderzy,
Chociażby się nie potłukł i o nic nie trącił,
Jest tylko na jabłecznik zdatny i do młocki
Na stercie leży.
Z tego więc widać, co zmąci
Mój sen, czymkolwiek będzie jako sen osobny.
Gdyby się nie ulotnił,
Suseł powiedzieć mógłby, czy podobny,
Tak jak go zapowiadam, jego snom w samotni,
Czy właśnie jakimś snom ludzkim.

przełożył Juliusz Żuławski